Zamknęłam firmę. Odebrałam rower. Pojechałam nad staw. Utonęłam w przyrodzie.
Radzę sobie, choć czasem wchodzę na niebezpieczne poziomy irytacji. A czasem po prostu śmieję się sama z siebie, gdy techniczne upośledzenie bierze górę nad cierpliwością lub w ogóle chęcią zrobienia czegoś. Np sklejenia uchwytu do prysznica. Napompowania i nasmarowania różnych rowerowych części, celem przygotowania pojazdu dwukołowego do lata. Instalacji programu do zdjęć lub do konwertowania na empetrójki. Naprawy żaluzji.
Nie wiem, nie znam się, zarobiona jestem.
Doprawdy, szukam jakiegoś Zdzicha Złotej Rączki.
sobota, 9 czerwca 2012
niedziela, 3 czerwca 2012
Could you be dead? You always were two steps ahead
Jeden lekkomyślny telefon ściąga na mnie tę kilkusetkilumetrową tęsknotę.
Nie jest ciężka, ale nie mogę się spod niej wydostać.
Nie jest ciężka, ale nie mogę się spod niej wydostać.
piątek, 1 czerwca 2012
męskie granie
Kalendarz na czerwiec wypełnia się w zadziwiającym tempie. Spotkania z ludźmi dają mi teraz dużo komunikacyjnej satysfakcji. Kręcę się na karuzelach różnych osobowości i mam ochotę przy tym klaskać w dłonie jak mała dziewczynka. Zauważyłam, że lubię zwłaszcza obserwowanie mężczyzn. I "lubić" to jest najlepsze możliwe słowo.
Z sympatią przyglądam się mojemu rudemu klientowi, siedzi naprzeciwko i opowiada anegdoty o targach w Rio. Żadnych damsko-męskich podtekstów, choć z godzinę rozprawiamy o obwodach pod biustem i budowie góry stroju bikini. Taka branża.
Z życzliwością odbieram też zagadywanie przy barze, gdy płacę rachunek za to służbowe spotkanie. Dwóch trzydziestoparolatków pręży muskuły i szczerzy białe zęby. Roześmiani, oczy im się błyszczą, więc chwilę żartujemy. Miło, no.
Nie wiem, może się starzeję i nabieram pobłażliwego stosunku do męskiego narodu. Lubię, lubię notować testosteronowe zagrania , czysto poznawczo.
Na pewno jednak jestem wymagająca dla tego jednego chłopaka. A on mnie jeszcze nie zawiódł i nie znudził i zachwyca mnie i imponuje nieprzerwanie, choć spędzamy razem dużo czasu. Nazywa się Jack i gra tak:
Z sympatią przyglądam się mojemu rudemu klientowi, siedzi naprzeciwko i opowiada anegdoty o targach w Rio. Żadnych damsko-męskich podtekstów, choć z godzinę rozprawiamy o obwodach pod biustem i budowie góry stroju bikini. Taka branża.
Z życzliwością odbieram też zagadywanie przy barze, gdy płacę rachunek za to służbowe spotkanie. Dwóch trzydziestoparolatków pręży muskuły i szczerzy białe zęby. Roześmiani, oczy im się błyszczą, więc chwilę żartujemy. Miło, no.
Nie wiem, może się starzeję i nabieram pobłażliwego stosunku do męskiego narodu. Lubię, lubię notować testosteronowe zagrania , czysto poznawczo.
Na pewno jednak jestem wymagająca dla tego jednego chłopaka. A on mnie jeszcze nie zawiódł i nie znudził i zachwyca mnie i imponuje nieprzerwanie, choć spędzamy razem dużo czasu. Nazywa się Jack i gra tak:
wtorek, 29 maja 2012
Kaszëbë
Siedzę na wzniesieniu, pośrodku kwadratowej ogromnej polany, właściwie to jest pole namiotowe. Ale szczęśliwie nikogo, ale to nikogo na nim nie ma. Siedzę oparta o stary, szary pień. Słońce ogrzewa mi twarz, ale powoli chowa się za drzewa. Za astronomicznej wielkości modrzewie, których gałęzie wolno, bardzo wolno i miarowo się kołyszą.
Mają głęboki ciemnozielony kolor kontrastujący z jaskrawą zielenią trawy pod nimi.
Mają głęboki ciemnozielony kolor kontrastujący z jaskrawą zielenią trawy pod nimi.
Ja, butelka wody, jeden pożyczony papieros i ptaki, które udają, że mnie nie widzą,
o ile ja udaję, że nie widzę ich. Słychać je zresztą zewsząd, doskonałe ornitologiczne surround sound.
o ile ja udaję, że nie widzę ich. Słychać je zresztą zewsząd, doskonałe ornitologiczne surround sound.
Jestem po prostu na swoim miejscu, tu i teraz, tak jak te modrzewie, nigdzie indziej nie moglibyśmy być, ja i one. Jestem i nic więcej się nie dzieje. Jedyną moją potrzebą
jest istnieć na tym moim miejscu, tu i teraz. Z całej siły być, jak najbardziej w tej chwili.
jest istnieć na tym moim miejscu, tu i teraz. Z całej siły być, jak najbardziej w tej chwili.
niedziela, 27 maja 2012
środa, 23 maja 2012
It's only when I lose myself in someone else then I find myself
Jest taka siła przyciągania, która swoje źródło musi mieć w kosmosie. Na pewno przychodzi jakoś znad chmur i ląduje gdzieś w moim podbrzuszu, przy kręgosłupie. Chciałabym, żeby był już piątek, 14.45. Nałożę na nos przeciwsłoneczne okulary, włączę blues brothers i podążę tam, gdzie jest mój magnes, czyli do Gliśna Wielkiego.
Subskrybuj:
Posty (Atom)