poniedziałek, 9 lipca 2012

W wielki mieście niebo jasne

 Jak jasna cholera brakuje czasem takiej iskry, która odpali mi motorek w głowie i ,
za przeproszeniem, w dupie też. Kiedy taki impuls pojawia się w ludzkiej postaci, to trudno go zignorować, bo na ludzi akurat jestem wyczulona, ale czasem odczuwam takie pstryknięcia w nos częściej i niekoniecznie z realnego otoczenia.

Myślę, że mój Anioł Stróż rzadko rozstaje się ze słuchawkami i niewykluczone,
że w skrzydłach ma schowaną antenę radiową. Potrzebuję nieezoterycznej książki o aniołach, bo ewidentnie muszę merytorycznie zgłębić temat.


nad głowami anioł leci 
od tej pory
komuś w życiu będzie znacznie lepiej
kto nie poznał tych radości
niech spróbuje
znów pokochać kogoś jeszcze prościej

środa, 4 lipca 2012

looking for the summer

W lipcu niewiele rzeczy mi przeszkadza, bo czerpię z lata garściami, nie tylko dosłownie - porzeczki na babcinej działce. Gałęzie uginają się od owoców, z których zrobi się pyszne, zdradliwie mocne winko. Na Boże Narodzenie wypijam go całkiem sporo, więc ochoczo zbieram, mimo gromów nad głową i duchoty ogólnie panującej. Z innymi okołobabciowymi sprawami różnie bywa, ćwiczę cierpliwość, gniew nawet pokonuję, irytację gaszę, ale nie zawsze się udaje. Ale pracuję nad sobą.

Czerpię też z miejskich i wiejskich rozrywek okolicznosciowych, sama lub w grupie żeńskiej, która na szczęście też ochoczo uczestniczy. Lato to jest jednak to co lubię najbardziej. W Arsenale wystawa Shany Moulton, w amfiteatrze chór na festiwalu Vidovdan taki, że ciarki miałam jeszcze długo w nocy, kino plenerowe z muzyką na żywo, a za tydzień blues w Suwałkach, na który wybieramy się z moją drogą E. Mam nadzieję, że pogoda się ustatkuje, choć nie narzekam na upały, to wolałabym nie zostać porwana jak Dorotka z "Czarnoksiężnika z krainy Oz" z jakimś tornadem, zaplątana w tropik od namiotu.

Ot, niby dzień za dniem, ale nareszcie wypełnione jakimiś jasnymi promykami.

wtorek, 19 czerwca 2012

Drogi Pamiętniczku,

gdzie miałabym to zapisać ku pamięci, jeśli nie tu?

Otóż dziś redaktor Stelmach pozdrowił mnie z okazji wczorajszych imienin,
za sprawą tego oto nagrania :)



piątek, 15 czerwca 2012

Nazywaj rzeczy po imieniu, a zmienią się w oka mgnieniu

Jestem zmęczona czekaniem na wtorek, kiedy na dobę lub dwie zostaję sama w mieszkaniu i czuję, że mogę głęboko odetchnąć. Nie ma permanentnie włączonego telewizora, nie ma znudzonego oblicza przed nim. Jest moja muzyka, moja posprzątana przestrzeń, moja świeca, moje dreptanie za kotami na balkon, żeby pogapić się na chmury między blokami. I pomigotać żarem z papierosa z facetem z naprzeciwka, jakbyśmy nadawali morsem na jakimś morzu balkonów.

Dopiero wczorajsza afera dopalaczowa odkneblowała ten cichy wkurw i pomogła wyartykułować cały żal o oszustwa, o posądzanie o ślepotę lub upośledzenie, o ignorancję i wykorzystywanie mojej nadmiernej skłonności do empatii. O marnotrawstwo życzliwości osób wokół. I pieniędzy też.

Co jest gorsze, bać się mówienia o tym, że coś się dzieje, czy bać się tego, co może się stać? Strach jest chyba najgorszym z możliwych uczuć, czego by nie dotyczył.

Zmęczona, pogubiona, zła.

A skupiona pani psycholog sprytnie doprowadza mnie do wniosku, że nikomu nie wyznaczę granic, dopóki nie określę ich w sobie. I po raz pierwszy uśmiechnęłyśmy się do siebie.

środa, 13 czerwca 2012

I'm fallin' in love with your favorite song

Zarażenie muzyką jest jednym z najprzyjemniejszych sposobów na zachorowanie.
Jestem nosicielem wirusa, który nazywa się Damon Albarn, przekazanego mi dosyć niedawno drogą mailową. Otóż ten Anglik o absolutnie rozbrajającym chłopięcym uroku osobistym i jak mi się zdaje równie urzekającym męskim ponuractwie, jest piekielnie zdolnym artystą. Jak to ujął Z. "od samobójstwa po wakacyjne lody malinowe".

Piszę o tym, bo tak naprawdę cieszy mnie, że dopiero teraz dane mi jest dochodzić do takich wniosków. Dzięki temu w moim małym muzycznym świecie rokendrol ciągle żyje.

Pod względem różnorodności i nietypowości projektów, stawiam Albarna obok Pattona
i Keenana i White'a, choć każdy z nich ma wrażliwość tak ogromną, jak kompletnie inną od pozostałych panów. Co jest oczywiście cudowne, bo w zależności od nastroju mogę się podkochiwać w innym z kolei. Czego i Paniom życzę.

Prosto do ucha:






sobota, 9 czerwca 2012

prace ręczne

Zamknęłam firmę. Odebrałam rower. Pojechałam nad staw. Utonęłam w przyrodzie.

Radzę sobie, choć czasem wchodzę na niebezpieczne poziomy irytacji. A czasem po prostu śmieję się sama z siebie, gdy techniczne upośledzenie bierze górę nad cierpliwością lub w ogóle chęcią zrobienia czegoś. Np sklejenia uchwytu do prysznica. Napompowania i nasmarowania różnych rowerowych części, celem przygotowania pojazdu dwukołowego do lata. Instalacji programu do zdjęć lub do konwertowania na empetrójki. Naprawy żaluzji.
Nie wiem, nie znam się, zarobiona jestem.

Doprawdy, szukam jakiegoś Zdzicha Złotej Rączki.