środa, 3 października 2012
poniedziałek, 1 października 2012
Wstawaj! Życie to surfing, więc nie bój się fal
„Cały czas
podczas naszego życia, przez 24 godziny na dobę używamy swojego
ciała i umysłu. Zazwyczaj jesteśmy tak zajęci najróżniejszymi
sprawami, iż nie zwracamy uwagi w jakim one są stanie. To trochę
tak, jakby używać samochodu i nigdy nie oddawać go do przeglądu,
nie wykonywać w nim drobnych korekt i napraw. Wiadomo co co to
oznacza – samochód po jakimś czasie może odmówić
posłuszeństwa. Podobnie jest z naszym ciałem i umysłem – bez
właściwej troski o nie, wcześniej czy później będziemy mieć z
nim kłopoty. Zazwyczaj myślimy, że jakość naszego życia zależy
tylko i wyłącznie od tego, co wydarza się wokół – na zewnątrz
nas. Jednak bliższa obserwacja pokazuje, ze w tej samej sytuacji
każdy człowiek może czuć się nieco inaczej. Jakość naszego
życia zależy bowiem w dużym stopniu od stanu naszego ciała
umysłu. Jeżeli nasz umysł wypełniony jest smutkiem, chaosem,
lękiem i gniewem, wtedy nawet najcudowniejsza sytuacja nie będzie w
stanie uczynić nas szczęśliwymi. Z drugiej strony, będąc
zrelaksowany, świeży, pełen ufności i wiary w siebie – jesteśmy
w stanie cieszyć się każdym najmniejszym zdarzeniem – spacerem,
rozmową z przyjacielem, zabawą z dzieckiem, sprzątaniem domu,
słuchaniem muzyki itd. To, co w istocie nas przeraża, to my sami, a
dokładniej: treść naszych myśli i uczuć, nieprzepracowane emocje
i żywione urazy. W wyniku takiego stanu rzeczy nasze ciało fizyczne
pełne jest różnego rodzaju napięć. Napięcia te przenoszą się
z poziomu mentalnego i emocjonalnego na nasz system wegetatywny, a w
końcu na układ motoryczny (mięśniowy).
Zatem
po to, aby móc wyrażać się twórczo w otaczającym świecie,
powinniśmy umieć od czasu do czasu, zapomnieć o tym otaczającym
świecie po to, aby móc zwrócić uwagę na siebie samych. (…)
Wtedy to nasza wrodzona energia życiowa ma możliwość sama ustalić
w nas stan optymalnego napięcia mięśniowego, nerwowego,
wegetatywnego, emocjonalnego, mentalnego itd. I właśnie taki stan
otwiera przed nami naturalną, pierwotnie istniejącą, uniwersalną
miłość, o której mówi zarówno chrześcijaństwo,
jak i religie Wschodu. Jesteśmy wtedy w stanie miłości.”
jak i religie Wschodu. Jesteśmy wtedy w stanie miłości.”
[Rafał Seremet, Alchemia i moc
medytacji]
Siódmy dzień zwolnienia lekarskiego.
Po prostu źle się poczułam. A teraz przyznaję,
boję się
odbierać kolejne wyniki badań.
niedziela, 16 września 2012
Cheek to Cheek
Najpierw zostałam ciocią przyszywaną.
Mała M. ma całkiem sporą Helenę, ze względu na siłę głosu i
płuc, nazywaną też Heleną Syreną. 24 godziny później zostałam
ciocią najprawdziwszą, najszczęśliwszą i rozwaloną na atomy
miłości przez Krzysia, mojego siostrzeńca. Narodziny dziecka to
największy cud jakiego doświadczyłam, wystarczy spojrzeć w oczy
noworodka i zobaczyć jaka w nich jest czystość i moc życia.
To
pocisk miłości.
Istne bombardowanie bobasami wzbudziło
we mnie instynkt cioteczny, li i jedynie. Choć uwielbiam śpiewać
maluchom „Kołysankę dla Misiaków”, to wiem, że wciąż
jeszcze nie śpieszy mi się do własnego oseska. Za to wciąż jak
zacznę tańczyć o 20 to nie mogę przestać do 3 rano.
Następnie był ślub. Najpiękniejszy,
w kolorowej cerkwi, w otoczeniu uśmiechniętych przyjaciół, w
ciepłym świetle świec, w śpiewie chóru przyprawiającego o
ciarrrrki, ekumeniczny, wzruszający. Patetycznie to brzmi, a jednak
czuję, że pełniąc rolę świadka moich przyjaciół,
uczestniczyłam w czymś ważnym, sensownym, przejmującym do cna.
Po ślubie było wesele, które
zatrzęsło Pałacem Branickich. I choć do zabawy zaproszonych było
nie więcej niż 40 osób, energia radości dała siłę do tańców
do świtu. Po kilkunastu godzinach przerwy powróciłam na parkiet by
tym razem cieszyć się z tego ślubu w gronie znajomych Crazy M. i
Grega – nowożeńców.
Dziś odpoczywam od tego liku wrażeń,
uśmiech mi nie schodzi z twarzy, koty ostatnio niewygłaskane pchają
się na kolana, opuchlizna na podbiciach stóp zmęczonych szalonymi
tańcami wciąż się utrzymuje. Aplikuję sobie taką kategorię "cichej muzyki", której się z przyjemnością słucha bardzo głośno, nawet na kacu (* nie mam nawet najmniejszego kaca :))
Jutro wracam do pracy po TAKIM tygodniu
przerwy. Ale co tam, chodź poniedziałku, mam w sobie miłość i
rokendrol.
I'm in heaven
And my heart beats so that I can hardly speak
And I seem to find the happiness I seek
When we're out together dancing
And my heart beats so that I can hardly speak
And I seem to find the happiness I seek
When we're out together dancing
niedziela, 9 września 2012
Medytacja Niedzielna
"Tak, piłem czarny fernet i próbowałem wyobrazić sobie kraj, z którego pewnego dnia odejdą wszyscy ludzie. Zostawią go na pastwę czasu, który rozsadzi powłoki godzin i miesięcy
i w czystej postaci wejdzie w resztki rzeczy i miast, rozpuści je, przemieniając w pierwotną materię, w powietrze i minerały. Bo to właśnie on, czas, był tutaj najważniejszym żywiołem. Ciągły i ciężki jak gigantyczne bydlę zalegał w dolinach rzek, przygniatał grzbiety gór (...). To w jego wnętrzu żyli mężczyźni wystający na rogach ulic i placach. Być może wyglądali jego śmierci i zarazem lękali się jej, ponieważ agonia przedwiecznego zwierzęcia, w którego wnętrznościach brodzili, oznaczała dla nich nagłą samotność. Gdyby zdechło, nigdy by się już nie spotkali. Porwałyby ich oddzielne strumyki minut i dni będące jedynie smutną ludzką imitacją starego nurtu, którego potęga przywodziła na myśl jedynie nieruchomość.
Musieliby żywić się padliną wieczności, ponieważ właśnie tak smakuje wolność."
[Andrzej Stasiuk, Jadąc do Babadag]
i w czystej postaci wejdzie w resztki rzeczy i miast, rozpuści je, przemieniając w pierwotną materię, w powietrze i minerały. Bo to właśnie on, czas, był tutaj najważniejszym żywiołem. Ciągły i ciężki jak gigantyczne bydlę zalegał w dolinach rzek, przygniatał grzbiety gór (...). To w jego wnętrzu żyli mężczyźni wystający na rogach ulic i placach. Być może wyglądali jego śmierci i zarazem lękali się jej, ponieważ agonia przedwiecznego zwierzęcia, w którego wnętrznościach brodzili, oznaczała dla nich nagłą samotność. Gdyby zdechło, nigdy by się już nie spotkali. Porwałyby ich oddzielne strumyki minut i dni będące jedynie smutną ludzką imitacją starego nurtu, którego potęga przywodziła na myśl jedynie nieruchomość.
Musieliby żywić się padliną wieczności, ponieważ właśnie tak smakuje wolność."
[Andrzej Stasiuk, Jadąc do Babadag]
poniedziałek, 3 września 2012
off-road w welonie
Wieczór panieński Crazy M. przyprawił nas o uśmiechy na kilka dobrych dni i,
mam nadzieję, na każdą chwilę, w której będziemy go wspominać. Żwirownia, las, przeprawa przez rzekę, wyciągarka po zmroku, aby odkopać pięknego nissana patrola z błota, to kilka z atrakcji jakie przygotowałyśmy przyszłej pannie młodej.
M. z dumą i honorem, w kaloszach i welonie z firanki, uczyła się jazdy w trudnym terenie, aby podołać w przyszłości również trudom małżeństwa: ruchomym piaskom, zdradliwym zakrętom, górkom, które niby niepozorne, a okazują się trudne do pokonania, uciążliwym warunkom środowiskowym... Takie zmagania, pewnie także w życiu, przynieść jednak mogą 100 kilo satysfakcji. A jej druhny ubawiły się tak, że do dziś mają zakwasy od linki i kręcenia kierownicą i banana na twarzy.
Chyba mam nowe, ekstremalne hobby, ale jeszcze boję się zaryzykować stwierdzenia, że może być to nasz instruktor 4x4 ;)
mam nadzieję, na każdą chwilę, w której będziemy go wspominać. Żwirownia, las, przeprawa przez rzekę, wyciągarka po zmroku, aby odkopać pięknego nissana patrola z błota, to kilka z atrakcji jakie przygotowałyśmy przyszłej pannie młodej.
M. z dumą i honorem, w kaloszach i welonie z firanki, uczyła się jazdy w trudnym terenie, aby podołać w przyszłości również trudom małżeństwa: ruchomym piaskom, zdradliwym zakrętom, górkom, które niby niepozorne, a okazują się trudne do pokonania, uciążliwym warunkom środowiskowym... Takie zmagania, pewnie także w życiu, przynieść jednak mogą 100 kilo satysfakcji. A jej druhny ubawiły się tak, że do dziś mają zakwasy od linki i kręcenia kierownicą i banana na twarzy.
Chyba mam nowe, ekstremalne hobby, ale jeszcze boję się zaryzykować stwierdzenia, że może być to nasz instruktor 4x4 ;)
sobota, 25 sierpnia 2012
pac pac plum
Sierpniowa deszczowa sobota, bardzo ładna.
Taka, że chciałoby się być kotem, zwinąć się w kłębek na kocim kocyku na parapecie, wyglądać przez okno i mruczeniem akompaniować śpiewającym smutnym kobietom.
Taka, że chciałoby się być kotem, zwinąć się w kłębek na kocim kocyku na parapecie, wyglądać przez okno i mruczeniem akompaniować śpiewającym smutnym kobietom.
Subskrybuj:
Posty (Atom)