sobota, 22 listopada 2014

Babski blues

Lata mijają, a listopad jest zawsze bluesowy. Dum dum dum duuummm…

Spotykamy się przy okazji serii jesiennych koncertów;  grupa znajomych, różnie powiązana, a to byli harcerze, a to ci, którzy chcieli być harleyowcami, a to paru innych…

Mój pierwszy chłopak, wczoraj z żoną, piękną drobną kobietka, wykorzystując moment oddalenia tejże, pyta co u Babci i czy nadal piecze drożdżówkę. No i co, złościć się mam, że to mu zapadło w pamięć z całych 6-7 lat bycia parą? Nie, bo on mówi, że żona jest zazdrosna wściekle o pierwszą miłość (o mnie czyli). Babsko się śmieję głośno, ale on mówi, żeby ciszej, bo będzie wojna w domu.

Mam wrażenie, że owszem byliśmy sobie pisani, ale właśnie na tamte nastoletnie lata. Choć wciąż widzę, jaki to wartościowy gość. Dziś dzielą nas lata i centymetry wzrostu. 

Czy to możliwe, że  jeszcze urosłam na studiach???

“When she walk that walk,
And talk that talk”


[JLH “Boom boom”]

sobota, 15 listopada 2014

Plastrowanie dynamiczne

Oglądam plecy w lusterkach. Jedne plecy (własne) w dwóch lusterkach. Najpierw w łazienkowym, mieszczę się w nim od pasa w górę. Od pasa w górę, aż na szyję wpełzają turkusowe plastry kinetyczne. Następnie w drzwiach szafy w przedpokoju. Calusieńka ja skórobeżowa, całkiem ciekawie niebieskie smugi znaczą miejsca, które powinnam prostować. Mam też inne zadania domowe, takie jak stawanie przy ścianie i dociskanie lędźwi, pleców, łopatek i głowy do równej płaskiej powierzchni oraz leżenie na wznak z dłońmi odwróconymi pod czoło. Mam też witać słońce zaraz po przebudzeniu i jakkolwiek normalnie to brzmi dla obywatela, który w listopadzie wygląda przez okno celem złorzeczenia zachmurzonemu niebu, to walka o to, by pięty dotykały podłogi, a wygięcie grzbietu konkurowało z tym, co robią moje koty ziewając, była dziś dla mojego ciała zupełnie nienaturalna. Prawie słyszałam jak skrzypię.

Wstyd, skandal i zgrzytanie zębów. To w domu. Na rehabilitacyjnym łóżku dodałabym szklane oczy z bólu i niedowierzania, że „masaż” może tak kurewsko boleć. Terapia tkanki łącznej – kto nie wie co to – niech się nigdy nie przekona.

O ile chciałam słuchać, moje ciało zawsze mówiło mi czego potrzebuję. Psychosomatyka to nie hipochondria, wolę nazywać to intuicją. Gdy narastała złość, mówiło mi idź na CrossFit, poskacz po oponach od traktora, gdy chciałam nie myśleć - tylko oddychać, kierowało na jogę, gdzie współćwiczący ziewali, gdy brakowało endorfin, nagle kazało wymachiwać kończynami na aerobikach w rytmach bardzo prymitywnych.

Do tego trafiam do Stuli, na jej rozpiski Montignaca;  najpierw myślę, znów mnie uprzedziła, potem myślę, znów bez słów porozumienie zdarzeń, na koniec myślę, wszystko mi mówi…

Tymczasem pichcę treściwą jesienną pieczarkową dla niego, pierś z kurczaka na szpinaku ze szparagową dla nas i planuję zimę porą dobroci dla ciała.
Bo z duchem wiadomo jak jest. 

piątek, 24 października 2014

Mróz

W piątkowych rytmach trójkowej pobudki z Mannem, końcowa Soul Dracula jest podkładem muzycznym. Wyjścia z domu, wyjścia z impasu. W terapii, gdy pacjent wykazuje poczucie humoru w interpretowaniu zdarzeń, to stosuje dojrzały mechanizm obronny. Aby zyskać dystans. Wznoszę się więc na wyżyny. Rozważam, czy chodzi o to, że bardziej lubię swoje nogi w kozakach na obcasie, czy po prostu lubię krótkie spódniczki. Słońce daje czadu. Czuję się jak robak wiosną. Wygrzebałam się z czarnej oblepiającej gleby, było obleśnie mokro, ciemno, a tu prosz. Takie poczucie, że wychynęłam. W mrozie i słońcu.

Kłócę się. Cisnę. Przedstawiam plany i oczekuję ustosunkowania się. To oficjalnie. Po cichu zachwycam się nawet tym, jak mu wąsy rosną. Jak mu nogi leżą długo, och długo na kanapie. Jak mumifikuje mnie ramionami w bezsenne noce. Nie mogę spać. Myślę o tym, że mogę się kłócić i że ma świetne nogi.

-1, jak w temperaturze, dla mnie. A i tak czuję, że idzie do przodu.





środa, 24 września 2014

zostaw ten cholerny kubek

Nie wiem, czy lubię Comę. Ani tak, ani nie. Ale dni nie są łaskawe.
Ale mam ochotę powiedzieć - przestań wyć. Los, cebula i krokodyle łzy.

 ale przyznaj, że w sumie się żyje cudnie

środa, 20 sierpnia 2014

Lato

Lato minęło bez komentarza. Mogłabym napisać: lato mineło – bez komentarza. Ale cóż.

Mam 33 i jakbym startowała, choć bloki jakieś niewygodne.
Opaliłam się na brązowo, przytyłam, przykleiłam rzęsy. Gotuję treściwe zupy, takie pod męski żołądek, nie mam z kim spędzić urlopu, bo amator zup ciągle pracuje.

Nawet jeden test ciążowy zrobiłam i nawet chciałam, żeby był pozytywny.

Trochę czuję, że zaraz się zacznie, a trochę, jakbym już kiedyś była w tym miejscu.


czwartek, 12 czerwca 2014

Sen wariata

Kiedyś zwykłam mawiać, że to nie ja mam problemy, lecz inni i ja się tymi problemami muszę zajmować. Nie wiem czy to doświadczenie, czy regularne sugestie innych, czy moja własna nad sobą praca, dziś widzę to inaczej. Przeczytałam jakiś wpis na jakimś blogu, bardzo „religijny”, że ktoś myślał, że jego wiara jest mocna, dopóki nie założył rodziny. Ano trudno być ok, gdy się pierdoli, a nawet gdy robi się „tylko”skomplikowanie.

Moja trudność polega na znalezieniu równowagi między egoizmem, ucieczką i całkowitym odcięciu (ze strachu) od tych właśnie problemów innych, a zrównoważonym wyedukowanym przecież podejściem, że funkcjonuję w społeczeństwie, rodzinie, etc. i ten świat po prostu rezonuje. Że nie muszę brać odpowiedzialności, że mogę postawić granicę, nie odcinając się i nie wsiąkając zupełnie.

A teraz mniej rozsądnie. Wkurwiam się na brak talerzyka do jedzenia owoców, płaczę gdy w filmie giną strażacy, jestem gwiazdą korporacyjnych wystąpień.

I to nic nowego, przecie wiem, taka karma, serwus madonna.


Przecie nie dla mnie spokój ksiąg lśniących wysoko
i wiosna też nie dla mnie, słońce i ruń wonna,
tylko noc, noc deszczowa i wiatr, i alkohol-
serwus, madonna.

Byli inni przede mną. Przyjdą inni po mnie,
albowiem życie wiekuiste, a śmierć płonna.
Wszystko jak sen wariata śniony nieprzytomnie-
serwus, madonna. 
[Konstanty Ildefons]