Nie wiem, czy lubię Comę. Ani tak, ani nie. Ale dni nie są łaskawe.
Ale mam ochotę powiedzieć - przestań wyć. Los, cebula i krokodyle łzy.
ale przyznaj, że w sumie się żyje cudnie
środa, 24 września 2014
środa, 20 sierpnia 2014
Lato
Lato minęło bez komentarza. Mogłabym
napisać: lato mineło – bez komentarza. Ale cóż.
Mam 33 i jakbym startowała,
choć bloki jakieś niewygodne.
Opaliłam się na brązowo, przytyłam,
przykleiłam rzęsy. Gotuję treściwe zupy, takie pod męski
żołądek, nie mam z kim spędzić urlopu, bo amator zup ciągle
pracuje.
Nawet jeden test ciążowy zrobiłam i
nawet chciałam, żeby był pozytywny.
Trochę czuję, że zaraz się zacznie,
a trochę, jakbym już kiedyś była w tym miejscu.
czwartek, 12 czerwca 2014
Sen wariata
Kiedyś zwykłam mawiać, że to nie ja
mam problemy, lecz inni i ja się tymi problemami muszę zajmować.
Nie wiem czy to doświadczenie, czy regularne sugestie innych, czy
moja własna nad sobą praca, dziś widzę to inaczej. Przeczytałam
jakiś wpis na jakimś blogu, bardzo „religijny”, że ktoś
myślał, że jego wiara jest mocna, dopóki nie założył rodziny.
Ano trudno być ok, gdy się pierdoli, a nawet gdy robi się
„tylko”skomplikowanie.
Moja trudność polega na znalezieniu
równowagi między egoizmem, ucieczką i całkowitym odcięciu (ze
strachu) od tych właśnie problemów innych, a zrównoważonym
wyedukowanym przecież podejściem, że funkcjonuję w
społeczeństwie, rodzinie, etc. i ten świat po prostu rezonuje. Że
nie muszę brać odpowiedzialności, że mogę postawić granicę,
nie odcinając się i nie wsiąkając zupełnie.
A teraz mniej rozsądnie. Wkurwiam się
na brak talerzyka do jedzenia owoców, płaczę gdy w filmie giną
strażacy, jestem gwiazdą korporacyjnych wystąpień.
I to nic nowego, przecie wiem, taka
karma, serwus madonna.
Przecie nie dla mnie spokój ksiąg
lśniących wysoko
i wiosna też nie dla mnie, słońce i ruń wonna,
tylko noc, noc deszczowa i wiatr, i alkohol-
serwus, madonna.
Byli inni przede mną. Przyjdą inni po mnie,
albowiem życie wiekuiste, a śmierć płonna.
Wszystko jak sen wariata śniony nieprzytomnie-
serwus, madonna.
i wiosna też nie dla mnie, słońce i ruń wonna,
tylko noc, noc deszczowa i wiatr, i alkohol-
serwus, madonna.
Byli inni przede mną. Przyjdą inni po mnie,
albowiem życie wiekuiste, a śmierć płonna.
Wszystko jak sen wariata śniony nieprzytomnie-
serwus, madonna.
[Konstanty Ildefons]
wtorek, 6 maja 2014
Kalambury
Jestem sama w domu. Pssst. Nie minął
miesiąc jak R. się wprowadził, a dziś mam pierwszy samotny
wieczór i jest to jakiś rodzaj Okazji.
Rytm wspólnego mieszkania, wracania z
pracy, parzenia kawy, szykowania się do zasypiania w ramionach,
nieczekania, nietęsknoty, bliskości i seksu na wyciągnięcie ręki, radości, że Jest. To plusy. Rytm uważania na jego rytm,
planowania, uwzględniania, przyzwyczajania się. To neutralność.
Wczoraj dopadły mnie minusy, ale chyba moje własne. Jakoś tak
poczułam, że nieregularnie wyżywam się na fitnesie, że
dwuosobowy bałagan w mieszkaniu bywa większy niż indywidualny, że
szykuję obiad, choć mam ochotę tylko na sałatę i pomidory, że czytam za krótko..
Banały? Nie, minusy.
Bilansowi brakuje podkładu muzycznego.
Ale w radio „higiena ucha” Wagli i jakoś pasuje, bo muszę
wyczyścić i mieszkanie i głowę.
Równowagę złapałam na majowej
Suwalszczyźnie. Gdybym była sama, więcej bym się zapuszczała w
dzikie ostępy nad Jacznem i nie zastanawiała się, czy ewentualny
ojciec mojego dziecka będzie się foszył, gdy zechcę wziąć
udział w zaciekłej rozgrywce w siatkówkę, choć dziecię marudzi.
Gdybym była sama, mniej bym spaliła papierosów.
Jak mówi moja Babcia „tołku nie
dojdziesz”.
poniedziałek, 31 marca 2014
Higher
Jadę w poniedziałek do pracy, łąki
oszronione, pola we wschodzącym słońcu, świetliście
jest. Jakieś 0 stopni, więc w mini i na obcasach musiałam oskrobać szyby. Już dawno nie było takiej jazdy, czuję się jak na jakimś podlaskim safari, tak mi głowa chodzi na boki do szyb, tyle zachwytów. Ostatnio wiecznie spóźniona, klucząc mało atrakcyjnym osiedlem, omijałam tylko roboty drogowe na głównej arterii. A tu, jak w „Niekończącej się opowieści”. Chmury wstającego dnia pod kołami.
jest. Jakieś 0 stopni, więc w mini i na obcasach musiałam oskrobać szyby. Już dawno nie było takiej jazdy, czuję się jak na jakimś podlaskim safari, tak mi głowa chodzi na boki do szyb, tyle zachwytów. Ostatnio wiecznie spóźniona, klucząc mało atrakcyjnym osiedlem, omijałam tylko roboty drogowe na głównej arterii. A tu, jak w „Niekończącej się opowieści”. Chmury wstającego dnia pod kołami.
Wcześniej, ptaki cudownie wrzeszczą, pies
wyje. Przez zmianę czasu, nie wie że jego spacer przesunięty jest
o godzinę. Pies jest boski, kąpiemy go w rzece, spływa po nim jak
po kaczce, tyle ma grubej sierści.
Jeszcze wcześniej, siedzę w
bagażniku, palę papierosa, przede mną drewniany krzyż na
rozstajach i jak okiem sięgnąć przestrzeń. W słońcu, w trawie,
w rozedrganym powietrzu.
Na nogach rolki, w uszach „zasuwasz maleńka”. Wydobrzeliśmy.
Na nogach rolki, w uszach „zasuwasz maleńka”. Wydobrzeliśmy.
Wiosna jest ok.
You know I'll fight my corner,
And that tonight I'll call ya,
After my blood is drowning in alcohol,
No, I just wanna hold ya.
[Uncle Jed, Give Me Love]
You know I'll fight my corner,
And that tonight I'll call ya,
After my blood is drowning in alcohol,
No, I just wanna hold ya.
[Uncle Jed, Give Me Love]
piątek, 28 marca 2014
uncle jed
7 rano, ja nie w formie cyklicznej, ale
jego tyłek owszem. Wciąż nie mogę uwierzyć, gdy go spotykam
zupełnie nagiego w kuchni, parzącego kawę, cholernie naturalnego, pachnącego i pobudzającego, jak czarna mielona turecka. Wgryzam się w
soczystego smoka na ramieniu. Tak zwyczajnie i tak kurewsko mi na nim
zależy. Obracam poczucie, że oto ja znów mogę mieć problem, w to,
że to zapewne on ma problem. Nie bez zasługi Pani P. dziś o 8.00.
Że zawiodła
minie tzw. rzeczywistość, ale że od niej trudno oczekiwać
konkretów. Że za tymi płytkimi sygnałami na pewno jest coś
więcej.
Bo ja mogę powalczyć i mogę się
postarać. Ale swoje już wiem. Bo ja mogę planować weekend na
rolkach i w słońcu. I mogę się przy tym bać. Ale zobaczymy, no nie?
Subskrybuj:
Posty (Atom)