poniedziałek, 24 stycznia 2011

swing

Czuję się uwiązana do depresyjnych huśtawek nastrojów moich bliskich. Zamiast stać stabilnie jako ta skała i opoka, czuję, że ciągnę nogami po ziemi. Trochę mnie to przeraża.

piątek, 21 stycznia 2011

Lecz czy starczy nam sił?

Tydzień uczciwie przepracowany. Zmęczenie rozcieńczam czerwonym chilijskim. Kłębki myśli, sznureczek do sznureczka, wąskie ścieżki „za i przeciw”. Rozmowy z Em i o planach i o przeszłości, o odziedziczonych obciążeniach i o wolności, którą chcielibyśmy zyskać. Na wielu polach. Zdania szybkie, urywane, czasem wręcz wyjęte z kontekstu, bo wrze nam pod kopułami. Trochę różnej maści strachów.

Coś się czai w naszych głowach.

Niczego nie jest mi szkoda
Nic z tego czego jeszcze mi brak
Wystarczy gdy kocham
Huczy las i wieje wiatr
I także to że
Co noc zasypiamy twarzą w twarz
Frontem do tej samej rzeki
[Pidżama, Spokój w głowach]

czwartek, 30 grudnia 2010

ready...steady...

Śledzie zamarynowane, upieczone dwie blachy szarlotki, zakupy zaplanowane i zrobione. Zakupiony prezent dla Małej M.; z okazji 30tki dostaje kupon na zestaw reanimacyjny - zabieg na ciało w gabinecie kosmetycznym, masaż, peeling itd, a wszystko w waniliowo-pomarańczowym aromacie... + kartka, z czego może się cieszyć po 30tce, a co wczesniej było niemożliwe, bądź wydawało się niefajne. 

Jadę nad jezioro Roś, aby sylwestrowo i noworocznie się zresetować, w śniegach, oparach grzańca i spaghetti w wielkich garach, dla całej szajki. Banalnie, acz z serca wierzę i życzę, by nadchodzący był lepszy niż mijający. Byśmy mieli energię do życia, spokój, aby spokojnie spać i odwagę, żeby po obudzeniu wchodzić w każdy nowy dzień. I jeszcze przyjaciół blisko, bo to niezawodny sposób na uśmiech. 

wtorek, 28 grudnia 2010

home sick home

Święta zakończone zapaleniem oskrzeli, antybiotykiem, bardzo złym samopoczuciem. Oprócz choroby na szczęście oboje z Emem wynieśliśmy wrażenie, ze było lepiej niż się spodziewaliśmy. Kłótnie zgaszone w zarodku, dużo śmiechu, luz. I śledź w takiej zalewie octowej, że myślę o nim do dziś. Będzie repeta. 
 
Śpię, klikam, ganiam koty tłumacząc im, że niestety taka ich rola, że gdy ja choruję - one muszą dawać się tarmosić. 
 
Niepokój, bo w korpo się złoszczą, a w domu dołują.

sobota, 18 grudnia 2010

Cztery miesiące w zawieszeniu.

Piątek z cyklu, "co mnie nie zabije...". W sytuacjach kryzysowych przełączam się na tryb mechaniczny, jak jakiś transformers. Nie poddam się.